[Odburzeni] Agnieszka – depersonalizacja, śnieg optyczny, męty, życie nerwicą i wyzdrowieniem.

 


Witajcie,
poniżej prezentuję nadesłaną przez Agnieszkę historię jej odburzenia i dziękuję za jej wnioski i mam nadzieję, że niektórzy też za jakiś czas dojdą do podobnych, szczególnie Ci, którzy tego najbardziej potrzebują czyli z presją na wyzdrowienie.

* Chciałbym tylko zauważyć pewną rzecz, iż każdy jest inny i potrzebuje swojego czasu.
Zgadzam się z Agnieszką w wielu kwestiach, zresztą sam ją do tego namawiałem, ale też nie można zapominać, że i ona musiała pierwszy rok, czy dwa zanim porzuciła swoją kontrolę popróbować i akceptacji i się z tym wszystkim namęczyć. Warto to zauważyć, bo można znowu popaść w skrajności,
że od samego początku niczym się tak to nie interesuje, żeby się nie nakręcać, ale to może tak nie wyjść. Czasami trzeba się “nawalczyć” zanim coś się wdroży w zrozumienie emocjonalne i wprawi machinę w ruch, szczególnie kiedy waleczność i radzenie sobie (wynikające z wychowania) mamy we krwi.
To tylko taka moja indywidualna uwaga. :p

Przypominam, że jeśli ktoś chce podrzucić własną historię, to w tym celu fajnie jest skorzystać z gotowego formularza: Podziel się historią odburzenia i pracy nad sobą.

Imię?
Aga

Czy problemy emocjonalne były u Ciebie obecne już w dzieciństwie, okresie dorastania? Jak to wyglądało?
Brak zburzeń w dzieciństwie ale jak miałam 18 ,17 lat to dostałam zjazdu po marihuanie czyli ataku paniki i przez 3, 4 miesiące miałam derealizację ale nie była to według mnie nerwica. W trakcie leczenia uświadomiłam sobie że reaguje dużymi emocjami na większe zmiany w życiu i w dzieciństwie też reagowałam histerią. Nie wiem czy ma to wielkie znaczenie, że jako dziecko tak reagowałam a może to akurat przypadek, ale zjazd po marihuanie i potem nerwica też pojawiły się w okresie większych zmian w życiu, dlatego jestem w takich okresach bardziej podatna na objawy nerwicowe a potem mogłam się w nie wkręcić.

Jak zaczął się Twój najgorszy okres zaburzenia? Czy poprzedzały go stresy, sytuacje trudne? Były obecne jakieś zapalniki?
Zaczął się objawami i według mnie nie było możliwości nie nadać im wartości, byłam biernym obserwatorem rozwoju nerwicy, ale świadomości też nie miałam co się dzieje. Sytuacja, która to poprzedzała to wyprowadzka do chłopaka, o której dużo myślałam i podejrzewam, że właśnie za dużo, o wiele za dużo w takich sytuacjach myślenia niż życia i to był mój problem, który rozpoczął objawy.

Opisz objawy (somatykę, myśli, emocje, poczucia, odczucia, wrażenia, “jakbym”, zachowania, dd), które dominowały w Twoich zaburzeniach
+Czułam się jak robot na pełnym autopilocie, jakby moje ruchy i to co mówię było pozorne i robione przez kogoś innego. To był mój najgorszy objaw depersonalizacji.
+Śnieżenie w oczach, w samym centrum widzenia pełno śnieżących kropek, szczególnie gdy patrzyłam na coś jaśniejszego, ale też było to widoczne przy zamkniętych oczach, dlatego ten objaw był jednym z gorszych, bo przed snem wpadałam w złość i załamanie przezco sen nie dawał ukojenia.
+ Męty oczne, ale na pewno nie w zwyczajnych ilościach. Czytałam na to tematy dużo, a nawet za dużo jak miałam nerwę i dużo ludzi twierdzi, że to są takie same męty co zwykle tylko skupiamy na tym uwagę. Nie zgadzam się z tym  i według mnie liczba mętów rośnie dlatego jeśli macie przerost mętów to w nerwicy może tak być i nie szukajcie za wiele o tym, bo można się nakręcać dodatkowo. Miałam całe oczy wypełnione zawijasami i robalami, a teraz nie ma tego, a zostały tylko parę sztuk i były one zawsze.
+Bóle mięśni, skóry na głowie, głowy, całego ciała. Byłam pewna, że mam sm albo inną chorobę.
+Uczucie, że jestem sama na świecie i nikt mnie nie rozumie.
+Załamanie i stany depresyjne, bo nie widziałam osób, które z objawami śniegu i tak licznych mętów wyszły z tego całkiem. Perspektywa życia z tym czymś przesłaniającym mi obraz, gdzie musiałam się skupiać, żeby zobaczyć co jest dalej za tymi robalami i śniegiem była nie do zniesienia. Po czasie zrozumiałam, że błąd leży w szukaniu tych ludzi i ich objawów, bo w internecie według mnie nie ma ludzi prawdziwie odburzonych 🙂 którzy by ciągle o tym pisali poza nielicznymi wyjątkami. Odburzeni żyją swoim życiem i planami, i nie kręcą się w natręctwie szukania wyzdrowienia. Kiedyś pewien chłopak, do którego napisałam zrobił mi burę, że do niego napisałam i go nękam, skoro mam wszystkie odpowiedzi i pomyślałam, że to gbur, ale on właśnie był odburzony i zupełnie tym nie żył, a nawet chyba nie miał ochoty kierować innymi, bo to trzeba przejść samemu i wszystko do siebie dopasować, żeby się to kleiło. Siedziałam w samym środku tego, kiedy zdałam sobie z tego sprawę i trudno było rozstać się z tym nałogiem czytania i słuchania o wyzdrowieniu i objawach rozstać.
+Strach, że zacznę wierzyć w te myśli o byciu samej na świecie i strach, że męty to urojenia, a ja zwariowałam i tego tak naprawdę nie ma. To też wywoływało strach, że w to uwierzę. 🙂

Przedstaw swoją historię zaburzenia/odburzenia. Napisz tyle ile chcesz. 🙂

[/et_pb_text][et_pb_text _builder_version=”4.6.0″ _module_preset=”default” text_font=”Verdana||||||||” text_font_size=”15px” custom_margin=”-37px||12px|||” custom_padding=”0px|||||”]Jestem Aga i  pisząc wstęp czuję się jakbym pisała dla grupy AA z tą różnicą, że tutaj każdy to czyta, żeby pewnie zobaczyć kto miał gorzej. Chociaż może na AA też tak jest. Miałam już to napisać z trzy miesiące temu, ale jak robiłam podejścia, to wydawało mi się, że nawet nie mam nic do powiedzenia poza tym, że to mija i że nie można się poddać, bo nie wiem, czy umiem opisać co robiłam, żeby to przeszło, bo trudno jakoś wrócić do tego co się robiło i według mnie całe zaburzenie miało znaczenie i każdy dzień zaburzenia.
Postaram się zwrócić uwagę na rzeczy, które wydają mi się najważniejsze. Zawsze podziwiałam w historiach osób, które wyszły z zaburzenia ich umiejętność umiejscowienia tego wszystkiego w określonym czasie. Mniej więcej też to mogę zrobić, ale na pewno nie z precyzyjną dokładnością i raczej tylko początkowy czas. Na teraz to co się działo ze mną jest dla mnie jak wyrwa w życiu, która tak jakby szybko minęła, ale nie ma tym nawet odrobiny prawdy. Tak jednak odczuwam, dlatego trudno to mi przedstawiać w miesiącach czy tygodniach i dokładnych datach.
Zacznę od tego, że mam niedługo niestety 32 lata, a nerwica złapała mnie dokładnie parę tygodni przed moimi 28 urodzinami. Dwa dni przed urodzinami robiłam tomograf i mój chłopak pukał się w głowę, kiedy mu oznajmiłam i to jeszcze przed badaniem, że dodatkowo rezonans byłby super prezentem zamiast czegoś innego. Mając gdzieś 17 lat dostałam pierwszy raz silnego uczucia umierania po marihuanie, ale uważam, że wtedy nie miałam nerwicy. Przez trzy miesiące po tym odczuwałam derealizację i wrażliwość na światło, a potem przeszło samo tak jak przyszło.
Wiem, że można powiedzieć, że wtedy nie nadałam temu wartości, a za drugim razem tak, ale według mnie za drugim razem nie miałam na to wpływu, czyli nie ode mnie zależało czy nadam temu wartość, czy nie. Wartość nadała się sama od razu a ja mogłam się temu tylko przyglądać.
Początek w przeciwieństwie do historii jakie poznałam nie był bardzo koszmarny w porównaniu do tego, co było pół roku później. Chyba że liczyć więcej, niż pół roku jako początek to wtedy tak, sam początek był koszmarny.
Jak się to wszystko zaczęło pospinało mi całe ciało bo moje napięcie odkładało się w ciele i głównie w głowie. Odczuwałam z dnia na dzień coraz bardziej pulsujące bóle głowy, nóg, rąk i wszystkich mięśni. Miałam tak napięta skórę, że bolały mnie włosy, ale nie w taki zwyczajny sposób tylko dużo bardziej bolesny i szczypiący. Duży ucisk na czaszkę jakbym miała ją włożoną w imadło i bardzo duży ból skóry przy włosach powodował uczucie dezorientacji. Pojawił się strach, że mam stwardnienie rozsiane i rajd po lekarzach. Lekarze podejrzewali różne niedobory i skierowano mnie na wszystkie badania krwi, pierwiastków, tomograf, potem rezonans, a nawet byłam zbadana pod kątem pasożytów i wszystkie badania wychodziły dobrze.
Przyjmowanie wysokich dawek suplementów, leków z witaminami i pierwiastkami nie dawało nic i w końcu neurolog, do którego trafiłam za drugim podejściem zasugerował, że to nerwica wegetatywna i trzeba to leczyć. Minęło już dużo czasu, a przynajmniej wtedy tak myślałam, że 4 miesiące to dużo i byłam zwyczajnie zmęczona. Widziałam sama, że jestem pospinana w różnych partiach ciała i kiedy przeczytałam o nerwicy to istniało bardzo wiele podobieństw. Nie widziałam wtedy powodów, przez które mogłabym wpaść w takie stany i to mnie martwiło, ale poszłam do psychiatry.
Poświęcił mi dużo czasu podczas spotkań, ale był bardzo zapatrzony w leki i podejście, że to wszystko jest biologiczne. Trochę bałam tych wszystkich leków, a bardziej tego, że będzie trzeba je kiedyś odstawić. Do tego zdiagnozował mi zaburzenia osobowości co później okazało się niesłuszne, bo nie wziął pod uwagę tego, że podczas nerwicy się zmieniłam. Przed nerwicą byłam zawsze taka sama i nie byłam na pewno taka jak w zaburzeniu, bo kiedy je miałam byłam wycofana, unikałam ludzi, a nawet bałam się kontaktu z nimi, byłam smutniejsza i pozbawiona uczucia, że coś na tym świecie ma sens o że jestem bardzo samotna. Psychiatra złączył to w całość i zdiagnozował mnie jako zaburzoną osobowość, a nerwicę jako efekt tych zaburzeń. Przybiło mnie to, choć nie do końca się z tym zgadzałam, ale ziarno wątpliwości zostało zasiane.
Po paru spotkaniach zrezygnowałam, bo widziałam, że próbuje on iść w stronę problemów w kontaktach z innymi, których ja nie miałam przez 28 lat życia, a przynajmniej niczego takiego nie pamiętałam i chociaż przez chwilę byłam bliska uwierzenia w to, bo chciałam, żeby mi przeszło, to nie chciałam iść w coś niepewnego dla mnie. Wróciłam do neurologa, który powiedział mi jako pierwszy o nerwicy i zalecił poszukanie psychologa i przepisał bioxetin.
Bałam się późniejszych efektów zażywania leków, ale czułam się zmęczona, a jak doszły mi problemy ze snem, bo zamienił mi się dzień z nocą, to ostatecznie zaczęłam od niskich dawek powoli je zwiększając.
Lek nie przyjmował się źle a myślałam, że będzie dużo gorzej, bo wiele opinii na to wskazywało, ale poza delikatnymi zawrotami głowy nie czułam różnicy. Działanie zaczęłam odczuwać po dopiero 2 miesiącach kiedy byłam bliska rzucenia tego. Lek poprawił ból w mięśniach oraz włosów i ogólne podenerwowanie. Zmniejszyło mi się też uczucie, że moje zdrowie jest zagrożone. Byłam pewna, że pójdzie teraz już z górki, ale bardzo się myliłam. Kiedy teraz zastanawiam się co napisać to widzę, że mam duży problem z określeniem czasu różnych zmian jakie wtedy się działy i mam wrażenie jakby całość była jedną wielką plamą. Dlatego nie wiem ile czasu minęło od działania leku, ale na pewno nie więcej, niż 2-3 tygodnie i któregoś dnia obudziłam się z dużo gorszym samopoczuciem, ale innym niż dotychczas. Bardzo drażniły mnie hałasy, i czułam jakbym wyszła ze swojej skóry i było to paniczne uczucie. Przypominało trochę mój dawny zjazd po marihuanie. Mój stan pogarszał się w szybkim tempie, aż doszło do przekroczenia jakiejś niewidzialnej bariery według mnie i zaczęłam się czuć przez cały czas tak jakbym była poza sobą.
Mogłam wykonywać ruchy i robić wszystko tak samo, ale jakby na autopilocie, zupełnie jakbym żyła pozornie i tylko to obserwowała. Byłam też bardzo uwrażliwiona na dźwięki i światło.
Wcześniej sądziłam, że nie może mnie spotkać nic gorszego, niż bóle ciała, ale jednak mogło i jakby tego było mi mało, to w krótkim czasie zaczęło mi śnieżyć w oczach oraz zaczęłam wyraźnie widzieć tzw. męty oczne, ale nie jak dawniej kiedy leżałam na leżaku i patrzyłam w niebo, tylko było ich 20 razy więcej i były na pierwszym planie mojego wzroku.
Śnieg i męty pokrywały mi pole widzenia, a cała reszta oddaliła się, jakbym widziała najpierw ruszające się coś w oczach, a potem musiała koncentrować się na tym, co dalej. Widziałam to cały czas i na tych robakach oraz uczuciu, że nie jestem w swojej skórze i jestem jak automat czy maszyna skupiła się cała moja nerwica, która mnie wtedy całkowicie zahukała. Nie widziałam ratunku, bo było to z każdym mrugnięciem i każdym spojrzeniem na coś wokoło mnie.
Wystraszyłam się bardzo, że to efekt uboczny bioxetinu, bo połączyłam ten lek z braniem dawniej marihuany i uznałam, że wtedy też miałam takie trochę podobne psychodeliczne objawy poza tym śniegiem, ale neurolog zaprzeczył i nawet kazał podnieść dawkę. Zrobiłam to i w międzyczasie zaczęły się ponownie badania. Obeszłam okulistę, jeszcze jednego neurologa, który zrobił mi chyba EEG głowy, potem nowego psychiatrę, który zalecił odstawienie bioxetinu i przyjęcie jakiegoś innego leku, ale nie zmieniłam, bo ten drugi podobnież dużo gorzej się odstawia. Podniesienie dawki bioxetinu nic nie dało i trochę później zaczęłam z niego schodzić.
Miałam chyba trochę nadzieję, że to jednak lek spowodował takie stany, ale neurolog miał rację i tak nie było. Znałam już forum i dwie grupy na face i było ro bardzo uspokajające.
Chociaż nie udzielałam się prawie nigdzie i nie znalazłam za wiele osób na początku z bólami włosów, ani ciała, aż w takim stopniu, ani później też nie widziałam osób, których główne objawy to codzienne uczucia bycia jak na autopilocie oraz śnieg optyczny i zwiększona bardzo liczba mętów ocznych zasłaniających obraz, które by się odburzyły, ale było dla mnie pocieszeniem, że nie jestem z tym sama, bo były jednak osoby z objawami podobnymi. Byłam pewna, że to co mam to zaburzenia neurologiczne.
Chodziłam już wtedy na terapię jakoś od momentu wdrażania bioxetinu, a chodziłam do bardzo fajnej kobiety, która bardzo aktywnie mnie kierowała na pozytywne podejście do brania leków i starała się, żebym zmniejszała wartość bóli napięciowych. Ta terapia myślę, że wystarczyłaby na takie podstawowe i pierwsze lęki w połączeniu z lekami, ale jak mnie nerwica zahukała, to się to też posypało, bo byłam w takim stanie, że ani wdechy, ani wydechy, ani przewartościowywanie uczuć i myśli nie dawało mi zrozumienia tego się dzieje.
Terapeutka, mimo że naprawdę dobra nie potrafiła tego wyjaśnić, a chyba też trochę czekała, żeby bioxetin zrobił swoje. Wtedy zaczęłam coraz poważniej zastanawiać się nad konsultacją u guru, ale w tym wypadku chcieć, a móc to przepaść, bo do dzisiaj nie wiem, czy Wiktorowi naprawdę zwolniło się miejsce, czy miał dość spamu z mojej strony o robakach w oczach i się zlitował.
Wtedy miałam przekonanie, że musiało mi się całkowicie poprzestawiać coś w mózgu, a te męty oraz śnieg to po prostu jakieś urojenia razem z tym uczuciem zamiany z człowieka w robota, bo wydawało mi się nieprawdopodobne, że ludzie z nerwicami też się tak czują i też widzą aż w takim stopniu śnieżenie i robale w oczach.
Miałam chyba takie poczucia, że niektórzy są zbyt radości jak na przesłonięcie całego obrazu śniegiem optycznym i mętami oraz wyjście ze swojej skóry. Nie rozumiałam chyba wtedy tego, że akceptacja to nie jest brak objawów. Pojawiały się też dziwaczne przemyślenia, że jestem na świecie całkiem sama i nic nie ma znaczenia. Jak już zmieniłam terapię na Wiktora to zostałam nawet trochę zmartwiona, bo też polecił mi na pierwszym spotkaniu leki, ale to dlatego, że spałam tylko w dzień i podpowiedział, żebym poszła po trittico na jakiś czas i rzeczywiście uregulował mi on sen i przywrócił spanie w nocy, a może nawet minimalnie wpłynął na nastrój. Jednak Wiktor kojarzył mi się zupełnie nie lekowo i mnie tym zmartwił, bo pomyślałam, że ze mną chyba musi być źle, skoro nawet od Wiktora dostaje propozycję leków. Poza tym to Wiktorowi już dziękowałam wiele razy, dlatego pominę wystawianie laurki i napiszę tylko, że Wiktora wiedza imponuje i szkoda, że niewiele ostatnimi czasy publikuje, rozumiem to jakby co, ale przy tej okazji apeluję choć pewnie to nic nie da hi.
Tutaj już przeskoczę do powiedzmy rok później, bo rok później czułam się dokładnie tak samo źle. Niech będzie, że minęły dwa lata zaburzenia i byłam tak zmęczona, że obawiałam się, że dłużej nie dam rady. Nie wiem dlaczego dopiero po dwóch latach męczenia coś zrozumiałam i lepiej do mnie dotarło, to co Wik przez ten cały rok próbował mi powiedzieć.
Przez niech będzie rok czasu próbowałam po prostu pozwalać tym objawom być, akceptować je i mocno starałam się to robić i to była moja pierwsza ważna ścieżka, a przynajmniej tak to widzę dziś, ale zupełnie ignorowałam słowa Wiktora o tym, że moim problemem jest fiksacja myślowa na punkcie zaburzenia i wyzdrowienia z tych objawów oraz upewnianie się, czy dobrze wszystko robię.
Według mnie tak się to złożyło, bo jestem osobą metodyczną i muszę mieć wiele wyjaśnione i dlatego myśli związanych z zaburzeniem i wyzdrowieniem w ogóle nie traktowałam jak natręctwa i taką mam teorię na to dlaczego tyle musiałam przejść, żeby przejrzeć na oczy. Pomijałam pewną część pracy nad sobą zupełnie jakby mnie nie dotyczyła.
Bardziej teraz rozumiem słowa, że podczas terapii można wiele usłyszeć, ale do pewnych rzeczy trzeba dojść samemu. Wiktor o myślach i analizach mówił mi chyba na prawie każdym spotkaniu, ale ja i tak każdą myśl o śniegu optycznym,  czasie ile to wszystko trwa, myśl o życiu jak w filmie i pozornie i o tym, że w moim mózgu zmieniło się coś nieodwracalnie i nigdy nie będzie normalnie obracałam w dłoniach i nic z tego nie zostawiałam za sobą ani niczego nie ucinałam. Chyba było to nawet dla mnie dziwnie prawidłowe, że się nad tym zastanawiam no bo jak mogę tego nie robić skoro nie wiem czy z tego wyjdę??!? 🙂 Nie było tygodnia, a czasami i dnia, żebym nie sprawdziła grup, forum, komentarzy na stronie Wiktora, nowych materiałów od Hewada na kanale, a wszystko po to, żeby się uspokoić, że zmierzam we właściwą stronę. To było jak wielkie natręctwo i właśnie fiksacja której nie przerywałam.
Kiedy się zreflektowałam usunęłam się skąd tylko się dało, zablokowałam powiadomienia na stronach z tymi tematami, przestałam powtarzać materiały i tłumaczyć się tym, że sobie tylko przypominam, bo tak naprawdę byłam jak zaćpana, która się uspokajała i nie potrafi wytrwać nawet miesiąca, żeby w tych tematach nie pogrzebać. Jak nie w jednym miejscu, to gdzie indziej, jak nie na forum to na grupie.
Zwróciłam większą uwagę na kończenie analiz o zaburzeniu i zdrowieniu a było to bardzo herkulesową i syzyfową pracą, bo myśli  za moment wracały, ale próbowałam skupiać uwagę na czymś innym i czasem zracjonalizować albo ośmieszyć te myśli. Starałam się, żeby głowa nie była tylko tym pochłonięta.
Nie mogłam już dłużej udawać, że myśli o zaburzeniu to normalna chęć wyjaśnień i zaczęłam  bardziej zwracać uwagę na analizy w jakie wchodzę. Nie wiem czemu musiałam dwa lata się zastanawiać co robię źle aż dotarło, że poza akceptacją objawów, potrzebuję zaakceptować to, że wiem wiele i nie muszę upewniać się w objawach i historiach tych, którzy wyzdrowieli albo nie wyzdrowieli, czy tym co jest omówione w materiałach i modułach, a co nie jest.
Tym bardziej, że chociaż zostanę przeklęta przez wiele osób za to co teraz napiszę, ale według mnie prawdziwych odburzonych nie znajdzie się w większych ilościach na grupach czy forum, bo oni pewnie odpuścili kontrolę i żyją swoim życiem i mam teraz to samo. Mogłabym odpowiedzieć na parę pytań i mogę napisać historię z wdzięczności, ale to wszystko, bo mam życie, plany i nie po to wymęczyłam się tyle lat, żeby dalej o tym rozmawiać, szczególnie że trudno coś nowego dodać.
Nie mam na myśli tu wyjątków jak admini grup, ale z dzisiejszego punktu widzenia według mnie odburzeni żyjący grupami czy forum nie są do końca odburzeni. Dlatego trzeba skorzystać z wiedzy, odpłacić się za nią jakimś krótkim uczestnictwem w podzięce albo dobrym słowem i spadać, bo siedzenie miesiącami tylko sprowadza się do sprawdzania tego, czy moje odburzanie coś mi da w porównaniu do innych, a później to chyba tylko do wzmacniania swojego ego przez powtarzanie tego, co już wiadomo i nie wiem, czy to można uznać za odburzenie, ale według mnie słabo. Nie wszyscy muszą się zgadzać ale takie mam zdanie.
Musiałam przerwać ten nałóg jak to zobaczyłam i wtedy też dotarło to co Wiktor tak często truł, że jak to puszczę to będzie to moim zaryzykowaniem i to się zgodziło, bo jak zaczęłam zostawiać te tematy, bardziej zwracać uwagę na analizy i je ucinać, to poczułam się gorzej. Miałam często tak silne chęci, żeby coś  przeczytać, że aż nie wytrzymywałam i czasami musiałam chodzić na szybkie spacery po parę godzin dziennie, żeby się gdzieś rozładować. Dla mnie każde gorzej to było jak wyrok, dlatego chęci słuchania ponownie nagrań albo nowych nagrań były tym większe im gorzej się czułam. Straciłam dziwne poczucie bezpieczeństwa, które dawało mi grzebanie w tych tematach i gnębienie siebie, że to mi nigdy nie przejdzie, bo to też  było jak natręctwo.
Moim największym błędem było szukanie ciągle błędów i dosłuchiwanie o nich i przez to powstawały nagle nowe problemy i rzeczy do zrobienia i nie było temu końca.
Nie wiem dokładnie ile minęło, bo to był wydaje mi się mimo wszystko trudniejszy czas od poprzednich powiedzmy dwóch lat, ale może byłam po prostu zmęczona i dlatego tak to odczuwam przy wspomnieniach.
Możliwe też, że w końcu puściłam to co trzeba i zaryzykowałam, ale na pewno coś około roku potrzebowałam patrząc na czas całego zaburzenia, choć prześwity zaczęły się pojawiać wcześniej.
Chyba w połowie tego okresu zawiesiłam też w porozumieniu z Wiktorem terapię, bo miałam spróbować działać już bez niej i przyznam, że bałam się tego pomysłu, ale wiedziałam, że to słuszne, bo było to po czasie już tylko upewnianie. Wiktor o zaburzeniu nie mógł mi powiedzieć nic więcej, a nic poza tym nie działo się wtedy w moim życiu i w tych spotkaniach widziałam sposób na możliwe uspokojenie. Dlatego wiedziałam, że Wik ma rację, że to też trzeba zostawić, więc tak ustaliliśmy.
Gorzej wtedy było jak z prześwitu wracało się na ziemię i zauważałam, że w takich chwilach mam znowu ochotę do czegoś wracać, czytać i sprawdzać, pisać do Wiktora, ale nie robiłam tego i postanowiłam, że padnę, a nie zrobię tak znowu. Głównie starałam się na siłę robić inne rzeczy, bo inaczej by to nade mną w końcu zapanowało.
Prześwit dla mnie oznaczał dzień, w którym męty i śnieg były, ale nie tak mocno przesłaniające mi obraz i kiedy trochę bardziej czułam się człowiekiem, a nie maszyną.
Jeśli ktoś z was ma taki syndrom nękania siebie tym jak jest, to mogę  jeszcze dodać, że w okresie, w którym zaczęłam mniej interesować się tym całym zdrowieniem i zmianami jakie zachodzą lub tymi, które nie zachodzą, to czas zasuwał dużo bardziej na moją korzyść.  Gdybym prześwity, które miałam analizowała, albo zmiany w samopoczuciu i kryzysy, to bym dużo dłużej w tym siedziała, ale nie pozwalałam już sobie na takie trzymanie nad tym kontroli.
Mój święty graal to właśnie to a wcześniej byłam na to ślepa. Niby każdy ma swój czas i tak jest, ale raczej każdy musi przepracować takie braki, jakie akurat ma.  Na pewno akceptacja bardzo mi się przysłużyła, ale gdybym nie puściła wielkiego natręctwa grzebania w tym jak wyzdrowieć i kiedy to się stanie, to nie starczyłoby mi samej akceptacji, żeby z tego wyjść ani czasu żeby nadążyć za nerwicą i różnymi pomocami w odburzaniu. Zresztą akceptacja też z tym natręctwem była związana, bo jak się upewniałam to akceptacji przecież żadnej nie było. Nie wiem, co jeszcze dopisać najważniejszego, ale może o samym śniegu, bo długo szukałam ludzi, którym to przeszło i sama mogę teraz o tym napisać.
Męty w nerwicy są według mnie połączeniem zwykłych mętów, które ma każdy z wyolbrzymieniem ich przez zaburzenie x 200 i daje to objaw mętów w całych oczach, a badania nie pokazują żadnych zmian.
Podobnie jest ze śniegiem optycznym, który może się przy pojawiać, bo mamy wyostrzone zmysły, a potem bardzo to nas zaczyna denerwować i martwić, że nie możemy tego przerwać. Nie mam teraz w polu widzenia śniegu wcale i nie jest tak, że o tym nie myślę, ja go nie mam, tak jakby przestało śnieżyć.
Męty mam tylko czasami, ale to tak jak dawniej miałam robaka w lewym oku i widziałam go patrząc w niebo, tak samo jest on teraz. Podczas zaburzenia całe oczy miałam przykryte mętami i było to zupełnie coś innego, dużo bardziej silniejszego i skupiało mój wzrok i myśli tylko na tym.
Wielokrotnie zastanawiałam się o tym jak to jest po zaburzeniu i czy czuje się pewność, że wyzdrowiało się całkiem i zmienia się całe życie. Według mnie przełożenie się tej pracy na życie to się chyba rozwija z czasem przy problemach, albo jest to trochę przerysowane a przynajmniej tak to czuję. Chociaż na pewno łatwiej mi się teraz reaguje na zwykłe trudności w życiu więc nie mogę też powiedzieć, że nie wpłynęło to w ogóle na inne rzeczy. Jestem też pewna swojego wyzdrowienia, bo sama ilość śnieżenia oraz mętów, jaką miałam trzy lata przy zdrowym ciele i siła uczucia, że nie jestem sobą i ktoś za mnie wykonuje ruchy, w porównaniu do dnia dzisiejszego, w którym nie mam z tego nic, przekonuje mnie do tego mocno. Przekonuje mnie też moje absurdalnie biegunowe myślenie o zaburzeniu i wyzdrowieniu, które pojawia się też w niektórych innych historiach odburzonych. Podczas zaburzenia nie mogłam poczuć jak to jest być zdrową i nie mieć tego, a teraz mam odwrotnie. Kiedy myślę o zaburzeniu, tak jak teraz podczas pisania historii, myślę o nim jak o czymś dziwnym, odległym i abstrakcyjnym, jakby to był jakiś fragment z życia bez znaczenia i sama jestem zaskoczona, że w ogóle z tym użerałam się trzy lata i trudno mi nawet powiedzieć co takiego robiłam, żeby z tego wyjść. Ktoś też pisał o tym niedawno czy mówił. Ostatnie dwa lata byłam tak zahukana, że przypominałam sobie jak się nazywam, a teraz jest to na tyle odległe jakby się nie liczyło. Jest to bardzo skrajne i pokazuje według mnie wielką iluzję jaką tworzyła moja głowa w zaburzeniu i będę starała się ten dowód sobie co jakiś czas przypominać, żeby się kiedyś nie zapomnieć i nie wskoczyć na takie poziomy lęku jak to zrobiłam na początku.
Chcę pamiętać o tym, bo chociaż jestem pewna powrotu do zdrowia i tego, że nie jestem bezbronna to nie uważam, że nie mogę już nigdy mieć początków nerwicy. Być może to jeszcze po prostu za wcześnie na taką pewność, ale mam takie zdanie, że jeśli moja głowa będzie miała okazję i powody, to może ponownie stworzyć mi początki nerwicy i jedynie to, że mam na pewno dużo większą świadomość siebie i mechanizmów niż te kilka lat temu, bo wtedy nie miałam jej wcale, może to skrócić mi epizod, bo nie zahuka mnie jak wtedy na początku.
Na przyszłość mam też zadanie obserwowania siebie podczas większych zmian w życiu i tak też będę robiła, bo może akurat z powodami też da się coś zrobić i jeśli coś odkryję to na pewno będę próbowała to poddać, bo to chyba zawsze o to chodzi.
Wszystko co przeżyłam było wielką iluzją i chociaż tak wiele kosztowało mnie trwanie w tych stanach, to kiedy jest po nich, to prawie nie wierzę w to co przeszłam i jest to tak odległe jakby nie miało żadnego znaczenia i uświadamiam sobie coraz bardziej, że prawdą jest to, że to nie miało nigdy prawdziwego znaczenia, chociaż przy nerwicy czułam zupełnie na odwrót.
[/et_pb_text][et_pb_text _builder_version=”4.6.0″ _module_preset=”default” custom_padding=”19px|||||”]Co Twoim zdaniem najbardziej pomogło Ci w działaniu, wyciągnięciu własnych wniosków, odburzeniu? Czy pomogła Ci jakaś terapia, nurt? Co najbardziej w niej ceniłeś? Pomogły jakieś książki? Podziel się tym. 🙂
Akceptacja była mi potrzebna, puszczenie kontroli równoznaczne z zostawieniem tematów odburzeniowych i detox od nich i ludzi z tym związanych, ale to pomogło najbardziej później. Wiedza, którą zdobyłam też bardzo pomogła, tylko według mnie przekroczyłam pewien próg nadmiernego interesowania się tym wyzdrowieniem. Wiktor bardzo pomógł i nie napisałam o tym w historii, a wyjaśnił wiele wątpliwości i bez tego trudno mi sobie wyobrazić jakby to miało wyglądać. Odwiedziłam neurologów, psychiatrów i terapeutkę, i nie miałabym na co narzekać, ale to Wiktor jedyny zwrócił uwagę, że bez zaburzeń byłam innym człowiekiem i nie warto na razie diagnozować osobowości. Wyjaśnił problemy z depersonalizacją i mętami. Wskazał też możliwy problem w życiu, od którego zaczynają mi się objawy, a bez tych informacji trudniej było mi wczuć się w pracę nad zaburzeniem, bo wszystko było po pogorszeniu dużo mniej jasne. Truł mi o tym zostawieniu tematów, ale na to pozostawałam głucha i musiałam sama zobaczyć, że jestem w środku wielkiego natręctwa. Nie wiem dlaczego akurat wtedy to zobaczyłam i nie potrafię wam pomóc, żebyście to zobaczyli. Być może byłam zmęczona, ale nie wiem czy ma to z tym związek.

Co najbardziej utrudniało Ci pracę nad sobą?
Przeszkadzało mi szukanie ideału w drodze wyzdrowienia i przez to byłam zamknięta w natręctwach, które pozornie nie miały nic wspólnego z objawami, ale naprawdę to miały bardzo dużo bo żyłam tylko tym.

Czy w okresie zaburzenia lub pracy nad sobą wspomagałeś się jakimiś lekami? Wymień je proszę i napisz własne zdanie, co do ich działania oraz sensu brania w Twoim wypadku.
Zażywałam bioxetin i początkowo robił dobrą pracę i według mnie gdyby mi się stan nie pogorszył to zostałabym na nim, ale nie wiem, czy wtedy uzyskałabym samoświadomość, żeby w razie co stawić czoła w przyszłości nerwicy. Raczej nie, bo techniki relaksacyjne czy wizualizacje w tej gorszej części zaburzenia po prostu nie zdały się na nic, a to gorsza część wymusiła na mnie akceptację. Nie mam do końca zdania jeśli chodzi o leki, bo gdybym miała zaburzenie tylko takie jak na początku, to być może byłyby wystarczające i może nawet po odstawieniu byłoby dobrze, bo nie byłoby tak dużego nasilenia stanu, ale nie zawsze chyba się tak uda i wtedy leki nie nauczą niczego na przyszłość. Brałam też trittico na regulację snu i też dobrze zadziałał.

Czy to co męczyło Cię podczas zaburzeń zmodyfikowało się? Czy objawy jakie wymieniłeś wyżej minęły całkowicie? Czy jest jeszcze coś nad czym pracujesz dalej, chcesz pracować?
Objawy minęły mi wszystkie i wróciłam też do normalnej dla mnie aktywności jak sprzed zaburzenia. Nie mam zaburzeń osobowości. 🙂 Poobserwuję siebie przy większych zmianach życiowych i zobaczę czy będzie histeria. 🙂 Chociaż zauważyłam, że łatwiej mi po tym wszystkim akceptować trudności życiowe, ale na razie dużych zmian nie było więc zobaczę jak to będzie. 🙂 Wolę odpuszczać i zobaczyć co będzie niż coś zakładać i to też tak naprawdę efekt pracy nad sobą.

Od jak dawna czujesz się odburzony? Ile czasu pracowałeś na odburzenie, zmiany?
Trzy lata na pewno, a czuję się dobrze powiedzmy jakieś pięć albo sześć miesięcy i nie wiem tego dokładnie, bo jak to zostawiłam w końcu, to czas przyspieszył i pracował dla mnie, dlatego nie umiem aż tak dokładnie określić czasu od kiedy czuję się dobrze. Nie będę ukrywała, że nawet zastanawiam się jak można znać dokładne daty poprawy, skoro się tym nie żyło i nie żyje? Według mnie znajomość dokładnych dni poprawy równoznaczne jest z życiem tym, ale może akurat ja tak miałam. Nie wnikam.

Czy poprawa, zmiany nastąpiły nagle czy stopniowo?
Bardzo powoli