[Odburzeni, znacząca poprawa w PTSD] Justyna – Poprawa ograniczeń narzuconych przez traumę, PTSD.


Cześć,
jak niektórzy wiedzą nie jestem zwolennikiem publikowania wpisów pracy nad sobą dla zaburzeń lękowych, w których doszło do poprawy w kwestii samego samopoczucia, bo nie jest to dla mnie żadnym wyznacznikiem, gdyż dopóki zagrożenie się w podświadomości tli, to może szybko powstać ostry ogień, ale w wypadku stresu pourazowego sytuacja ma się odwrotnie i poprawa w samopoczuciu oznacza przepracowywanie traumy i konkretny postęp.
Dlatego też wrzucam historię Justyny, która mi ją podesłała i której bardzo gratuluję zaciętości i wytrwałości, bo w tym całym cierpieniu, jakie przeżywała była to jej broń i tylko dzięki sobie znalazła się w miejscu, w którym się znalazła.

Przypominam, iż każdy może podzielić się swoimi postępami i w tym celu można skorzystać z gotowego formularza: Podziel się historią odburzenia i pracy nad sobą.

Imię?
Justyna

Czy problemy emocjonalne były u Ciebie obecne już w dzieciństwie, okresie dorastania? Jak to wyglądało?
To osobny temat i w dzieciństwie mogłam liczyć tylko na babcię i cieszę się, że ją miałam :* 

Jak zaczął się Twój najgorszy okres zaburzenia? Czy poprzedzały go stresy, sytuacje trudne? Były obecne jakieś zapalniki?
Opisałam

Opisz objawy (somatykę, myśli, emocje, poczucia, odczucia, wrażenia, “jakbym”, zachowania, dd), które dominowały w Twoich zaburzeniach
Opisałam

Przedstaw swoją historię zaburzenia/odburzenia. Napisz tyle ile chcesz. 🙂
Opis mojej zmiany jest o lęku pourazowym a nerwica, która przyszła do mnie trochę później była z nim związana, ale na pewno ktoś z traumą przeczyta to i być może zwleka z poszukaniem pomocy albo unika tematu na swojej terapii i swoją historią chcę zachęcić, żeby tego nie robić.
Duzo bolu sprawia rozgrzebanie tego, ale warto bo przekoanłam się, że nie zniknie to sami.
Nie chcę wchodzić w szczegóły i opisywać samej traumy, bo to nie będzie nikomu pomocne, ale napisze krótko, że zostałam zgwałcona, kiedy miałam osiemnaście lat i nie zrobiłam z tym niczego przez długie lata. Jedynie powiedziałam o tym po paru dniach mojej mamie, ale ona tak jak zawsze wszystko bagatelizowała, tak samo wtedy zbagatelizowała moją opowieść. Przez długi czas miałam do niej o to żal aż do jej śmierci, że nie zareagowała wtedy i nie pomogła mi przez to przejść ani nie zachęciła, żeby gdzieś to zgłosić.
Moja rodzina to osobny temat, ale nie zdominował on mojego życia, tylko właśnie trauma i potem lęk pourazowy. Nie dałam rady sama na to zareagować, bo byłam zbyt przestraszona. Znałam tę osobę i nawet jej ufałam, ale też się bałam.

Przez pewien czas zaraz po tym, kiedy to się stało, nie czułam się źle, bo dostałam tego, co większość osób z nerwicą może znać i mam na myśli derealizację. Opisalabym to tak, że mniej emocjonalnie odbierałam wszystko, co do mnie docierało, tak jakby nie docierało do końca i czułam, że coś chce mnie odepchnąć od odczuwania emocji i nawet myśli. Czułam przez to, że istnieję bardziej niż zwykle, ale bez emocji jakby samymi zmysłami. Nie łatwo to opisać, ale nie bałam się tego, tylko podobało mi się, bo kiedy myślalam o gwałcie, czulam jakby to nie dotyczylo bezpośrednio mnie. Już od jakiegoś czasu wiem, że to była derealizacja, która pomaga w trudnych momentach życia. Kiedy zaczęła się zmniejszać to coraz mocniej docierało do mnie wszystko to, co zaszło.

Wszystko wydarzyło się to w pewnym miejscu obok, którego często się przejeżdża i miałam okazję dość szybko znaleźć się w pobliżu i wtedy przekonalam się czym jest atak paniki. Zdrętwiało mi cialo i paliło mnie, nie moglam oddychać i kolysalo mną jak na statku i zapadalam się w dól. Miałam częsty objaw ataku, który powodowal, że przestawałam widzieć całość obrazu, zupełnie jakby po bokach nic nie istniało.
Usiadłam i pamiętam, że starałam się opanować oddychanie i przerażona koleżanka polewała mnie wodą wzywając pomoc. Powiedziano mi, że to spadek cukru i zbyt glębokie oddychanie, ale ja wiedziałam, że to nieprawda. Po ataku poszłam szybko do psychiatry, bo wystraszyłam się, że będzie tak często i nie potrafię nad tym panować.
Nie powiedziałam nic o gwałcie, bo miejscowość, w ktorej wtedy mieszkałam to niewielkie miasto i byłam przerażona, że może to wyjść poza gabinet. Rozmawialiśmy o cukrze i byłam już po dobrym badaniu podstawowym więc uznał, że to atak paniki i dostałam relanium. Tak zaczęła się moja przygoda z nadużywaniem tego leku i czasami popijania niewielkich ilości alkoholu, żeby się otępić. Robiłam tak przez cały okres trzymania tego wszystkiego w sobie i trzymałam to w sobie dziewięć lat. Nigdy nie brałam dużych dawek relanium i nie zawsze codziennie, nie piłam też więcej niż pewne granice i dlatego chyba nie uzależnilam się fizycznie. Teraz kiedy mój pourazowy stan mnie nie męczy, to odstawiłam alkohol i branie relanium albo clonozepamu i nie miałam z tym problemów poza krótkotrwałą niepewnością, która sama przeszła.

Trochę wybiegłam w przód i wracając do mojego stanu pourazowego to kiedy tylko opadły mi stany derealizacji i dostałam ataku paniki, który powtarzal się póżniej cyklicznie, zaczęłam wybudzać się w nocy z uczuciem duszenia i nigdy nie pamiętalam snów, ale jestem pewna, że był to zawsze gwalt albo cos z tym związanego. Zaczęły się uczucia, że ktoś stoi mi za oknem i nie mogłam za długo siedzieć plecami do drzwi pokoju, bo czułam narastający niepokój i po krótkiej chwili paliło mnie całe ciało i wpadałam w przerażenie i musiałam się odwrócić. Nasilało się to szybko i po czasie urządziłam tak pokój i potem swoje mieszkanie, żeby drzwi były zawsze widoczne, nigdy nie mogły być tyłem do mnie ani za bardzo bokiem. Nie wiem, dlaczego tak, ale tak się zrobiło. Kiedy szłam do kogoś w odwiedziny, starałam się mieć drzwi w polu widzenia, lub odczuwałam niepokój i po chwili sztywniało mi ciało, paliło i dostawałam czerwonych plam na skórze i musiałam szybko wychodzić. Dlatego mimo bycia osobą towarzyską nie prowadziłam bardzo towarzyskiego trybu życia.
Widzialam tez w niektórych osobach podobieństwa do kogoś, kogo szczerze nienawidziłam, czyli oprawcy i zaczynałam czuć strach przed tymi ludźmi, wychodziłam z takich miejsc, bo moje ciało reagowało alergią i paniką. Wszystko to było mocno bezzasadne, bo mój oprawca znajdował się wtedy na leczeniu, był zamknięty i groziły mu jakieś inne wyroki. Bardzo chcialam wtedy pójść i dolożyć mu więcej, ale nie zrobiłam tego i nie wiem, czy ze strachu, wstydu czy bałam się konsekwencji.
Kiedy objawy mi się nasiliły i sny były coraz bardziej żywe i zaczynalam je zapamiętywać i dostawać kolejnych ataków paniki, postanowilam się wyprowadzić, bo byłam już po ukończeniu szkoły. Szkołę skończyłam tylko dzięki relanium, które brałam wtedy w dużych ilościach.

Wyprowadzka nie była dla mnie łatwa, ale pomogła mi babcia, dzieląc się ze mną oszczędnościami. Nie wiedziała w ogóle, jaki jest powód tego, że stałam się dziwna i roztrzęsiona, ale bałam się jej o tym powiedzieć, bo wiedziałam, że to może ją wykończyć, bo była to zawsze bardzo wrażliwa osoba i przejmowała się wszystkimi ludźmi i ich problemami.
Wynajęlam mieszkanie i przeniosłam się 60 km dalej do większego miasta. Dobrze wtedy zrobiłam, ale ciężko mi było, bo miałam trudności ze znalezieniem pracy i bardzo tęskniłam za domem, ale przez pewien czas poczułam się nawet lepiej i dlatego ostatecznie nie wrócilam. Znalazłam pracę i czas przyspieszył i ja udawałam, że problemu nie ma, ale trwało to krótko i zaczęła się nerwica.

Odczuwałam nudności z rana, niepokój w środku, duszności w ciągu dnia i zatykanie powietrza, uczucie zawrotów głowy i omdlewania rąk, robiło mi się ciemno przed oczami i traciłam siły w nogach. Derealizacja też się odzywała, ale dla mnie była to pomoc, dzięki niej czułam się inaczej i nie sobą, bo bycie sobą było dużo bardziej bolesne. Pourazowe objawy też nie odpuszczały i nawet coraz więcej z życia musiałam dopasować do nich. Nie gasilam światła w nocy i korytarzu, miewalam nadal koszmary, unikałam stania i siedzenia tyłem oraz bokiem do drzwi, nie przestałam się bać określonego modelu samochodu i niektórych podobnych osób.
Zobaczylam, że mam duże problemy ze związkami, ale nie z poznaniem kogoś, bo trochę towarzysko udzielałam się choć często było to dla mnie trudne, ale miałam problem z zaufaniem i zbliżeniem się do kogoś i kiedy było blisko do tego, to prowokowałam wielkie kłótnie i chciałam poprzez to sprawdzić, czy może on zrobić mi przez silne emocje krzywdę. Było to chore i związki się rozpadały, trzy związki rozpadły się przez to i więcej nie próbowałam.

W taki sposób z tym żyłam, ale jeśli chodzi o samo życie to poza wymienionymi problemami, radziłam sobie całkiem dobrze, zostałam fryzjerką i z powodzeniem do dziś nią jestem, skończyłam studia chociaż wykłady były dla mnie koszmarem, jeżeli układ pomieszczenia mi nie pasował. Czasem dostawałam ataku bez względu na miejsce. Finansowo byłam niezależna na czym mi bardzo zależało i z poznawaniem ludzi też nie mialam problemów. Bylam raczej odludkiem, ale na życzenie, bo nie zawsze mogłam się normalnie zachowywać.
Codziennie cierpiałam i kiedy nerwicowe objawy zaostrzały się to tym bardziej siegałam po relanium, clonazepam i alkohol. Zaczęłam dlatego terapie i miałam ich kilka, ale na prawie wszystkich mówiłam tylko o nerwicy i nie odważyłam się poruszać tematu gwałtu. Zdarzyło mi się na drugiej albo trzeciej terapii powiedzieć o objawach pourazowych, ale nie o gwałcie i dlatego dostałam łatkę paranoiczki i pasowało mi to. Posługiwałam się tym później i mogłam rozmawiać tylko o nerwicy, co mi trochę pomagało i uspokajało napięcie na jakiś czas.
Miałam dwie próby podejścia na terapii, przy których wspomniałam o gwałcie, ale zalal mnie wstyd na kolejnych spotkaniach i więcej nie poszłam. To był błąd i jeżeli macie ciężkie traumy to idźcie i mówcie o nich, bo one bez powtórzenia tego, co przeżyliście nie odpuszczą. Jeżeli macie lęk pourazowy to poczytajcie o nim i może zrozumiecie, że trzeba to powtórnie przeżyć.

Poprzez chyba forum trafiłam na terapię i nie miałam też zamiaru mówić o mojej traumie Wiktorowi, tylko chciałam rozmawiać o nerwicy, bo akurat miałam spore nasilenie i miałam nadzieję, że mnie trochę pokieruje w związkach. Wspomniałam też o paranoi i szybko tego pożałowałam, bo uczepił się tego jak pszczoła pikniku, więc w końcu nie czułam wyjścia i delikatnie wspomniałam o gwałcie pod koniec któregoś spotkania. Czułam się z tym potem źle i tak samo, jak poprzednio oblały mnie poczucia wstydu i liczyłam, że Wiktor zapomni mnie zapisać, ale nie zapomniał, kiedy akurat było to potrzebne.
Chciałam odpuścić i chwilę przed spotkaniem to napisałam. Odpisał mi coś tak głupiego i śmiesznego, że zdałam sobie sprawę, że ja się zbroję a on traktuje sprawę nie lekceważąco, ale jakbyśmy mieli skoczyć do rybnego i jest to coś zupełnie zwyczajnego. Przekonało mnie to i chyba zawsze najgorsze dla mnie było to milczenie psychologiczne. Jakby miała za chwilę rozstąpić się ziemia, kiedy już powiem to, co miałabym powiedzieć. Milczenie u Wiktora to cecha, której on chyba nie posiada więc zlożylo się dobrze.
Zaczęłam terapię traumy i była ona dla mnie drugą traumą, bo musialam przeżyć jeszcze raz pierwszą. Było to ogromnym wyzwaniem i miałam wiele razy chęci zrezygnować. Nasilały mi się objawy, miałam w sobie dużo więcej napięcia i musiałam momentami brać jeszcze więcej relanium, żeby lepiej spać.
Na terapii wytrwałam tylko z powodu modlitwy, bo jestem osobą wierzącą i głupowatego humoru Wiktora oraz jego wyczuciu chwili i rzucania tekstem, który rozładowywał sytuację, a w kryzysie zawsze powiedział coś w taki sposób, że wszystko wydawało się chociaż trochę prostsze.
Nie chcę nikogo zrazić do pójścia na terapię ze swoją traumą, ale ja nie byłam gotowa na to, że to będzie aż tak trudne dlatego lepiej, żeby każdy mógł się na to przygotować. Terapie lęku pourazowego nie są znane, bo nie jest to najczęstsza pomoc, po którą się idzie, ale polega ona na powracaniu do wydarzenia traumatycznego i szczegolowych opisów. Potem są przerwy na złapanie oddechu po sesji i odczuwanie tych emocji z akceptacją i ona nie jest łatwym zadaniem. Dawałam radę robić to tylko co dwa tygodnie i na szczęście nie było trzeba częściej.

Bywały okresy, w których łapała mnie coraz silniejsza derealizacja i wtedy chciałam ją czuć, ale zawsze mijała i znowu czułam emocje. Śmieszne jest to, że jak chciałam czuć derealizację, to ona znikała. Widziałam na forum osoby przerażone tymi samymi objawami, które miałam. Wiem, że każdy ma coś swojego, ale jest to śmieszny psikus psychiki. Psychologia jest ciekawa, ale najlepiej nie mieć potrzeby z niej korzystać, ale uniknąć się nie da jeżeli już potrzeb. Sama unikałam i było to dla mnie coraz bardziej ograniczające.
Terapia trwała według mnie w nieskończoność, ale ja liczyłam bardziej spotkania i po dopiero którejś z czterdziestych sesji zaczełam mniej przeżywać emocjonalnie traumę. Potem mniej już liczyłam, ale musiałam odbyć ich jeszcze na pewno jakoś kilkadziesiąt. Najtrudniejsze było to, że nie wiedziałam czego się spodziewać po tym wszystkim. Czytałam wiele o terapiach lęku pourazowego i nie było to zbyt obiecujące, bo nie wszystkim stres pourazowy mija, ale ja nawet już nie chciałam, żeby minąl całkiem, tylko żeby przestać się znieczulać i nie być tak ograniczoną.

To co przeżyłam powtórnie na terapii, powoli sprawiło, że pojawialo się mniej emocji po sesjach niż wcześniej. później mniej paranoi, odpuszczało mi jedno po drugim. Minęły koszmary, to gasiłam światło, kiedy przestałam czuć strach, będąc plecami lub pod zbyt dużym kątem do drzwi, to inaczej urządziłam nawet mieszkanie, chociaż trochę się bałam tej zwykłej sytuacji, ale po czasie też samo przeszło.
W pracy w końcu nie musiałam na drzwiach mieć opuszczonych rolet, bo wcześniej dawaly mi one uczucie bezpieczeństwa. Przestalam widzieć podobieństwa u innych i samochód danej marki też przestawał mi przeszkadzać. Chodziłam więc częściej i spokojniej na spacery i do sklepów. Trwało to wszystko długi czas, nie wiem jak długo poszczegolne zmiany zachodziły, bo to nie działo się od kropki a do kropki b. Pewne rzeczy robiłam nawykowo i dopiero po jakiejś chwili orientowałam się, że nie czuje się zagrożona i że od jakiegoś czasu nie ma koszmarów albo że nie rozglądam się nerwowo po sklepie.

Podczas terapii byłam zmuszona emocje brać takimi, jakie były i modlić się o siłę i łapać oddech w pracy. Były dni, że nagle robiło się o wiele trudniej i traktowałam to wtedy jak przepychanki między mną a tym czymś i ratowałam się relanium. Terapia nie była spacerkiem, ale odzyskałam oddech i prawie całe swoje życie, bo w ostatnim czasie zauważyłam, że muszę uczyć się żyć bez tych wszystkich uczuć zagrożenia i ograniczeń. Kiedyś przeczytałam wypowiedź takiego psychologa, który napisał, że terapie się przeżyje, ale dużo trudniej czasami nauczyć się żyć spokojnie bez zaburzeń i też to tak czułam.

Lęk pourazowy zostawił mi ataki paniki w pobliżu miejsca, w którym to się stało. Ataki paniki są tam tak samo silne jak kiedyś, mimo że mam już kilka miesięcy spokoju w codziennym życiu. Wiktor proponował, żebym spróbowała terapii terenowej z kimś, kto świadczy takie usługi, albo sesji przez telefon z nim kiedyś, ale może wlaśnie kiedyś, bo teraz nie czuję się na to gotowa ani chętna. Nie wiem nawet, czy będę do tego podchodziła, bo czytałam, że zmianę lęku pourazowego ogólnie szansa jest pół na pół, ale takie ataki związane z miejscem często już zostają na zawsze. Nie jest to dla mnie problemem, bo nie mam po co przebywać w tych rejonach, nie mam tam prawie już rodziny i moje życie toczy się w zupełnie innym miejscu. Nie wiem, czy ma sens skazywanie się na taką męczarnię. Na pewno warto było spróbować i już się nie cofać, żeby żyć normalnie na co dzień, ale być może jestem jeszcze zmęczona terapią i dlatego tak myślę.
Dopiero niedawno przekonałam się, że bez relanium i alkoholu wieczorami wszystko nadal jest dobrze i chcialabym trochę odpocząć.

Widzę co popisałam i chyba brzmi to mało zachęcająco, żeby zając się swoją traumą 😂 ale nie chcę pisać, że było mi łatwo i że terapia traumy to spacerek, ale na pewno powtórzyłabym to ponownie, gdybym musiała. Po tym wszystkim jest bardzo dużo zwykłego codziennego szczęścia, wychodzi ono w zwykłych sytuacjach, kiedy mogę wyluzowana iść do galerii handlowej i nie rozglądać się podświadomie i nerwowo. Dla kogoś może to być banalne, ale samo to, że mogę stać tyłem do drzwi i nie robić wszystkiego, byle stanąć przodem jest czymś tak dla mnie dużym, że aż przytłaczającym. Zmieniłam cały układ mieszkania, żeby nie uważać na wejścia. Życie bez paranoi jest bardzo cudowne i dziękuje Bogu każdego dnia, że mogłam do tego dojść i dał mi tyle siły.
Wiktor zakończył ze mną terapię parę miesięcy temu, bo trochę za bardzo przywykłam do tego, że mogę mu zaufać i kiedy doszłam do siebie, to miałam uczucie, że tylko jemu jedynemu mogę ufać i kiedy to zobaczył, że z paranoją ledwo doprowadziłam się do porządku i już sobie wymyślam filmy romantyczne 😂😂to powiedział, że pora stanąć na nogi już całkiem samemu i zakończył terapię. 😂😂 Filmy romantyczne kłamią.  😂😂
Teraz mam z tego ubaw , dlatego piszę o tym bez obciachu, bo po takich przeżyciach i dłuższej terapii to pewnie nic dziwnego i zresztą odstawienie Wiktora w tamtym momencie, razem z relanium i alkoholem, dało mi dużo większe poczucie pewności, że to nie wraca.
Miałam przez krótki okres takie uczucie, że tej paranoi mi brakuje i bałam się, że to się zacznie od nowa i na nic moje starania.

Jestem prawie pewna, że na terapię wrócę z jednym tematem, więc nie traktuję się jak osoba która zrobiła już wszystkie porządki z psychiką. Wrócę bo nadal mam wrażenie, że będę miała problem z zaufaniem w związku. Ciekawa jestem czy w tym też nastąpiła poprawa, ale trudno mi to teraz określić, bo w żadnym związku nie jestem. Nie martwię się tym ale na pewno zawsze miałam żal, że przez kogoś i jego czyny, na które nie miałam wpływu, nie wychodzą mi związki i się rozpadają, tak jakby ta osoba nadal miała nade mną władzę i bardzo się tym brzydziłam. Na pewno będę chciala się nauczyć być z kimś blisko i założyć rodzinę i nie chcę kogoś testować jak dawniej.
Trochę czuję, że być może jest to możliwe, ale nie chce się z tym spieszyć, bo najpierw potrzebuję ochłonąć. Czuję jednocześnie, że nie będzie to bezproblemowe i zaufanie trochę potrwa, ale czas mi nie przeszkadza. Ważniejsze, żebym umiała potem być blisko i nie sprawdzać granic wytrzymałości bliskiej mi osoby i nie jestem pewna czy obecnie bym tego nie robiła.
Zawsze byłam towarzyska, ale unikałam różnych spotkań ze znajomymi, szczególnie jak niektórzy zażywali coś mocniejszego. Teraz nie mam z tym widzę problemu, więc życie towarzyskie też powoli się bardziej rozkręca.

Znalazłam fundację, która prowadzi różne sprawy osób z takimi lub innymi traumami i za rok, lub dłużej mam dać im swój wywiad. Opiszę w nim być może bardziej terapię i może jakieś postępy w związku jeżeli będę miała co opisywać, bo poznałam już kilkadziesiąt kobiet po takich przejściach i widzę, że też mają takie problemy. Podzielę się tym też z wami, jeśli będzie trzeba i zakładając, że tak, to najpewniej wrócę do Wiktora, którego najbardziej cenię poza tym, że zdecydował się na pracę ze mną, za jego podejście do zaburzeń. Najbardziej co mi zawsze utrudniało kontakt ze specjalistami, to ich bardzo poważne traktowanie wszystkiego co mówię i łatek zaburzeń. Wszystko było zawsze poważne i ważne co mnie odsuwało od tego i zniechęcało. Wiktor zawsze sprowadzał do normalności czy nerwicę, czy depresję w trakcie terapii, czy paranoję albo traumę i to bardzo pomagało. Nigdy też nie mówił, że będzie miło, ale był wyrozumiały i pozwalał na wsparcie lekami w momentach naprawdę ciężkich i ten jego umiar najbardziej doceniam.

Kiedy widzę teraz, jak wiele ograniczeń mi to stawiało, to żałuję tego, że tak długo zwlekałam choć nie zawsze były dobre okazje, ale pewnie, gdybym się bardziej postarala to by się znalazły. Nie zwlekajcie z szukaniem pomocy dla lęku po traumie bo on nie zniknie i mimo że terapia traumy spacerkiem nie jest, to zawsze można podczas niej się trochę wspomóc i to też pomaga. Dobra, co najważniejsze opisałam, Buzia.😚😚

Co Twoim zdaniem najbardziej pomogło Ci w działaniu, wyciągnięciu własnych wniosków, odburzeniu? Czy pomogła Ci jakaś terapia, nurt? Co najbardziej w niej ceniłeś? Pomogły jakieś książki? Podziel się tym. 🙂
Opisałam

Co najbardziej utrudniało Ci pracę nad sobą?
Emocje pomiędzy sesjami.

Czy w okresie zaburzenia lub pracy nad sobą wspomagałeś się jakimiś lekami? Wymień je proszę i napisz własne zdanie, co do ich działania oraz sensu brania w Twoim wypadku.
Tak doraźnie brałam większe niż zwykle relanium i otępiałam się alkoholem , choć podczas terapii głównie relanium i clonazepam doraźnie, alkohol coraz rzadziej. Oceniam to jako pomocne i potrzebne podczas terapii, ale bez niej była to po prostu ucieczka.

Czy to co męczyło Cię podczas zaburzeń zmodyfikowało się? Czy objawy jakie wymieniłeś wyżej minęły całkowicie? Czy jest jeszcze coś nad czym pracujesz dalej, chcesz pracować?
Opisałam

Od jak dawna czujesz się odburzony? Ile czasu pracowałeś na odburzenie, zmiany?
Ponad dwa lata trwała terapia i skończyła się w ubiegłym roku jakoś we wrześniu, ale poprawa mojej paranoi zaczęła się powoli już duzo wcześniej. Pamiętam, że z początkiem ubiegłego roku, bo pracowałam na partyzanta 😂 w domach bliższych klientek, bo w salonie nie było można i już wtedy zauważyłam, że nie muszę mieć drzwi w polu widzenia.

Czy poprawa, zmiany nastąpiły nagle czy stopniowo?
Zdecydowanie odchodziło jedno po drugim